niedziela, 7 października 2007

MFK 2007

Jestem kurewsko zmęczony. Relacja z Festiwalu na szybko spisana.
Piątek
Przyjechałem radośnie do Warszawy. Spotkałem z radosnym mc.owcem i demem. Zjedliśmy radosną pizzę i... zadzwonił godai i spierdolił cały nastrój, bo oczywiście na kilka godzin przed planowanym wyjazdem musiał nawalić samochód. Zakup biletów na pociąg, wjazd na mc.owcową chatę i poznanie mc.owcowej rodzinki. Pozdrowienia dla siostry.

Sobota
Po trwającej 4 godziny drzemce przyszedł czas na rozbudzenie się i wymknięcie z mieszkania. Wymknięcie o tyle trudne, że najmniejszy hałas mógł obudzić tatę mc.owca, który jest trenerem karate i uszkodzenie nas nie stanowiło by dla niego problemu. Ale jednak wszystko się udało, dobiegliśmy do metra, dojechalismy na dworzec, spotkaliśmy godai'ego i dema i zanieśliśmy paczki pełne kolektywu na peron. Jazda pociągiem z innymi rysownikami komiksu to rzecz, którą można wspominać długo. Dużo humoru, ciągłe wrzuty na siebie i męczenie mc.owca, który kupił bilety z przesiądką w jakiejś dziurze. No i kart nie wziął. Bierek też nie.
W Łodzi odebrał nas Łukasz. Przejął też od nas na swe potężne i nieludzko silne ręce większość materiału Kolektywnego. Odebraliśmy stolik, rozłożylismy materiał, zostawilismy chłopaków na stanowisku i razem z godaim postanowilismy udać się w poszukiwanie piwa, bo to wypite o 5 w pociągu już dawno nas opuściło. I co się okazało? Że w Łodzi nie można wypić nigdzie piwa o 8:30. Co to za dziwne miasto. Trzeba było kupić w sklepie i pić na stoisku.
Relacja miała być krótka, a ja się rozpisuje jakby mnie kto chciał czytać.
Zakupiłem dużo komiksów.
Dwie części "Człowieka Paroovki" (udało mi się złapać Marka Lachowicza na schodach i wyciągnąć od niego rysunki),
"Na szybko spisane #1" (Śledzia również udało mi się z sukcesem zmolestować),
"Mutująca teczka" (Piotrek sam się do mnie zgłosił, więc jak bym mógł go nie poprosić o rysunek),
"Chicanos",
"Kolor Magii",
"Transmetropolitan" (wydanie kolekcjonerskie pierwszych albumów w twardej oprawie),
"Batman:Przysięga zza Grobu" (na jednym stoisku chcieli za to 40 zł, 3 metry dalej dostałem za 10 zł),
"[fo:pa]#12" (bo komiks Iquorka tam był, więc kupiłem i wymusiłem autograf przyszłej gwiazdy polskiego komiksu)
i dwa pierwsze albumy "Blacksada" (Podobno "W śnieżnej bieli" kurewsko ciężko dostać, więc mc.owiec mnie już nie lubi, bo udało mi się ten album znaleźć po okazyjnej cenie).
Ogólnie torba ważyła więcej niż ja. Ramię mi odpada. Nigdy więcej.

Na obiad poszliśmy do pizzerii, której nazwy nie pamiętam. Zamówiliśmy sobie z Iquorkiem pyszną pizzę, z której pieczarki aż wypadały na talerz. Najedzeni poszliśmy na spotkanie z KRLem i Śledziem. Zdążyłem wyciągnąć od nich podpisy na komiksach. Karolowi dziękuję za Yoela w Yoelu, a dla Śledzia wielgachny buziak za napis "PIERDOLĘ" na zapowiedzi 2 części "Komisarza Żbika".
Reszta wieczoru bez większych problemów. O godzinie 19 zebralismy się pod ŁDK w celu wyruszenia do kina. Jaki był cel aby przedpremierę filmu "Persepolis" zrobić na drugim końcu pierdolonego miasta, nigdy nie zrozumiem. Prawie godzina marszu ze 100 kg torbą na ramieniu mnie dobiła. Całe szczęście, że film był naprawdę dobry, bo inaczej polałaby się krew. Dla ludzi do których nie dotarło powtórzę - PERSEPOLIS to naprawde dobry film!

Po kinie zaszliśmy do klubu "Fanaberia", gdzie odbywała się impreza dla gości Festiwalu. Prawdopodobnie jedyna taka impreza w roku na której tekst "Cześć, rysuję komiksy" brzmi naprawde super. Udało mi się strzelić browara z wymienionymi już wyżej chłopcami z "Produktu", Jaszczem oraz naszymi dobrymi znajomymi z Bug City.

Nie mogliśmy niestety zaimprezować zbyt długo, gdyż ja i mc.owiec nocowaliśmy u babci Łukasza (pozdrowienia). Na miejscu strzeliliśmy sobie herbatkę i rozmawialismy o zakupionych komiksach przez... dwie cholerne godziny. A potem spać.

Niedziela
Nie wiem dlaczego, ale nie mogę długo spać, kiedy nie jestem u siebie. Dlatego obudziłem się kilka godzin później i postanowiłem zacząć czytać komiksy. Potem uznałem, że śmiesznie będzie budzić co chwilę mc.owca. Nie było to tak śmieszne jak sądziłem, ale i tak było fajnie. Niedziela odbyła się bez fajerwerków. Zjedzliśmy śniadanie, podyskutowaliśmy na różne tematy. Dowiedziałem się, że w moim wieku "mogę już ubiegać się o pozwolenie na broń i umawiać się z kobietami w żakietach" (buziak dla Łukasza za ten tekst). Potem przejazd na Dworzec, gdzie spotkaliśmy godai'ego i dema, no i ponowna podróż pociągiem przez Polskę. Zabawnie było chociaż nadal was nienawidzę chłopaki.

Do domu dotarłem o 17. Imprezę uważam za udaną. Teraz idę się położyć do wanny i zmyć z siebie zapach komiksów...

z ostatniej chwili: godai skleił filmik z naszego pobytu na MFK.

5 komentarzy:

fafkoolec pisze...

Rozpisałeś się jak nigdy.
W sobotę wy poszliście na pizze i zostawiliście jakiegoś fana samego z tym waszym kolektywem. I siedział tam taki biedny, samotny i nikt jakoś od niego nie chciał kupować.
Trochę komiksów kupiłeś. To Chicanos to chyba jakaś podróba Sin City. Kupiłem to wierząc w slogan wydawnictwa o komiksach szytych na miarę. Chyba się przeliczyłem.
A ta impreza w fanaberii lekko drętwa była.

Arkani pisze...

Jaki tam fan ;o
Ale fakt. Nie rozpisales ;[
"I siedział tam taki biedny, samotny i nikt jakoś od niego nie chciał kupować."
Twoja stara jest biedna i samotna.

Dominika pisze...

Ja to czekam na Schwing!a.

Paweł pisze...

Bele a shurikeny z donaldem kupiłeś:P bo w masce ninja ci do twarzy:))

ardyzda pisze...

kiedy Ty byleś w funaberii? bo mi sie coS wydaje że koncert w sobotę to była tzw. skipperiada, co nic nie miała wspólnego z komiksami;) a kogoś ze 100 kilową torbą bym na koncercie zauważył